Gołymbiorz

Tego dnia Pan Joachim wstał nieco później niż zwykle. Dzień był brudny od śniegu wymieszanego z kachlową sadzą. Środek śląskiej, nieprzyjemnej zimy. Na drewnianym zegarze zawieszonym nad niską dębową komodą, z którego o pełnych godzinach wypełzała niefrasobliwa kukułka, a na metalowych łańcuszkach zwisały dwie mosiężne szyszki, widniała 4.38. Przeklęte czterdzieści minut, pomyślał. Zaburzenie wszechświata. Zaburzenie porządku, który został ustalony lata temu, gdy Pan Joachim pracował jeszcze na Murckach, a który wdarł się tak głęboko w jego codzienne życie, że nawet teraz, po tylu latach od ostatniej dołowej szychty, wciąż nadaje rytm dnia.

Pan Joachim każdy swój dzień zaczynał od mocnej, nieprzyzwoicie słodkiej, czarnej kawy, którą na koniec dodatkowo zagryzał dwoma kostkami cukru. Wzmocnienie organizmu. Substytut papierosów, które rzucił odchodząc na emeryturę. Kawę wypijał zawsze w samotności, przy zgaszonym świetle, wbijając wzrok w szklaną płaszczyznę obdrapanej ściany. Krople deszczu, płatki śniegu, promienie porannego słońca. Niekończący się cykl zdarzeń. Jak przystało na życie człowieka, który pod ziemią spędził dwadzieścia pięć lat, toczyło ono swój ciężar bez zbędnych komentarzy.

Każdego dnia po wypiciu mocnej, nieprzyzwoicie słodkiej, czarnej kawy, Pan Joachim ubierał swoje eleganckie przeznaczenie wiszące na drzwiach starej szafy. Prasował je zawsze tuż przed snem. Była to jego forma modlitwy, fizycznego kontaktu z tak dawno już niewidzianą żoną.

Żona Pana Joachima zmarła parę lat po tym, jak przeszedł na emeryturę. Miało być dobrze, tak przynajmniej mówili lekarze. Emerytowany górnik przez dwa miesiące, codziennie w eleganckim, świeżo wyprasowanym garniturze, odwiedzał swoją żonę w szpitalu. Ta mimo postępującej choroby zwykła żartować, że mąż już za jej życia obchodzi po niej żałobę. Próba oszukania przeznaczenia. Pan Joachim obchodzi żałobę już piąty rok. Przeznaczenia nie oszukał i to nie ostatni raz.

Już jako młody chłopiec, później dorosły mężczyzna, swoje serce oddał tylko jednej, pochłaniającej go bez reszty pasji. Hodowla gołębi była odskocznią od pracy pod ziemią. Wolność, która wynikała z posiadania tak bardzo niezależnych zwierząt, teraz tak bardzo zależnych od Pana Joachima, dawała mu poczucie szczęścia. Potrafił godzinami nie wychodzić z gołębnika. Zapewnienie odpowiednich warunków w miejscu, gdzie na paru metrach sześciennych zgromadziła się tak duża ilość ptactwa, wymagało nie lada poświęcenia. Oddania w całości.

Miłości do gołębi nauczył Pana Joachima jego dziadek. To właśnie on pokazał mu wszystkie tajniki hodowli. Achima w tym wszystkim najbardziej fascynował spektakl narodzin piskląt. Nie potrafił do końca zrozumieć tego dzieła, ale w głębi duszy wiedział, że to po części jego zasługa. To wszakże on, dziennie rano od przeszło sześćdziesięciu lat, wpierw pod czujnym okiem dziadka, później ojca, następnie już kontrolując tylko samego siebie, sypał ziarno do karmników, nalewał świeżej wody do poidełek. Gołębnik przechodził z ojca na syna, taka śląska tradycja.

Przez te wszystkie lata gołębnik pozostał praktycznie nie zmieniony. Parę razy został wybielony. Raz naprawiano dach. Jedyną jego zmienną byli jego zmienni mieszkańcy i zmiana jaka zaszła w samym Panu Joachimie. Swoich podopiecznych nie odwiedzał już w kufaji, która była jeszcze wspomnieniem kopalnianych lat. Teraz nosił na sobie swoje eleganckie przeznaczenie.

Tego dnia Pan Joachim wstał nieco później niż zwykle. Przeklęte czterdzieści minut, a pozostało tak bardzo mało czasu. Już od tygodnia skrupulatnie przygotowywał się do tego, jakże ważnego dla niego dnia. Wybrał najlepsze ptaki ze swojej hodowli. Gołębie o zadziwiających kształtach. Gołębie uformowane z nakładających się na siebie lekkich barwnych piór. Gołębie, które tak bardzo mu ufały. Gołębie, które zawierzyły mu swoje życie.

Pan Joachim do centrum Katowic dojechał przed godziną 11.00. Tutaj dodatkowo spowolniło go sobotnie przedpołudnie i wylewające się z każdej możliwej ulicy samochody, zmierzające na weekendowe zakupy. Na miejsce targów dotarł o 11.28. Wiedział, że jest spóźniony i jak bardzo negatywnie może to wpłynąć na jego reputację, jako hodowcy szanowanego i ogólnie uznanego. Podjął decyzję o wydłużeniu swojej prezentacji na wystawie gołębi pocztowych organizowanej na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich. Przeklęte czterdzieści minut.

Przed samą wystawą zakładał, że do domu wróci nie później niż o godzinie 17.00. Pan Joachim od śmierci żony podupadł na zdrowiu, także każdy większy wysiłek, nawet tylko taki związany z przemieszczaniem się z punktu x do punktu y i pozostawaniem na nogach pięć, sześć godzin, był dla jego organizmu ogromnym obciążeniem. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Klamka zapadła.

Wystawa przebiegała w fantastycznej atmosferze. Zwiedzający jak i również inni hodowcy, zachwyceni byli gołębiami Pana Joachima. On sam również czuł się cudownie. Gołębie to jedyne, co mu pozostało w tym pustym, samotnym życiu, a tu taka niespodzianka, podziw, uznanie na tak szeroką skalę. Do tej pory to wszystko działo się lokalnie. To była pierwsza i zarazem ostatnia, tak duża wystawa w życiu Pana Joachima. Ubrany w swoje przeznaczenie o godzinie około 17.15 po raz kolejny nie zdołał go oszukać.

Tego dnia, a była sobota 28.01.2006 roku, wieczór spędzałem ze swoją mamą w naszym mieszkaniu w Wodzisławiu Śląskim. Oglądaliśmy Teleexpress, gdy dotarła do nas ta smutna, porażająca wiadomość. Pamiętam, co wówczas powiedziała moja mama. „To znów, ta tragedia, dotyka nas Ślązaków, dotyka Śląsk”. Zapłakała. Wtedy nie rozumiałem znaczenia jej słów. Dopiero jakiś czas później, gdy dorosłem w swojej tożsamości i zmierzyłem się ze swoimi demonami, pojąłem znaczenie tamtej chwili.

Katastrofa budowlana, do której doszło podczas wystawy gołębi pocztowych na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich, była niewyobrażalnym koszmarem, tak jak i dla ofiar, ich rodzin, tak i dla osób, które przyczyniły się do ratowania poszkodowanych. Błędy ludzkie, a przede wszystkim karygodne zaniedbania w fazie projektowej, doprowadziły do jednego z największych dramatów we współczesnej historii Górnego Śląska.