Tam a nazot

Minęło już ponad sześć miesięcy od kiedy wróciłem na ten czorny Ślonsk. Przygoda życia w postaci rocznego egzystowania w Opolu została zakończona. Kupiłem mieszkanie i zamieszkałem w mojej ukochanej zielonej Ligotce. Żeby nie było tak kolorowo, musiałem wybrać takie, które będzie pożerało mnie bez reszty. Tak i też się stało.

Zakupione mieszkanie należało gruntownie wyremontować, z położeniem nowej wylewki włącznie. W ten sposób od maja bieżące roku zapewniłem sobie niesamowitą rozrywkę po wyczerpujących dniach w pracy. Przecież skoro pracuję umysłowo to nie jestem zmęczony, prawda? Oczywiście, że tak! Przecież jestem na tyle sprawny, aby móc w nieskończoność znosić z czwartego piętra niezliczone ilości gruzu. Nie mogę jedynie powiedzieć nie. Co niektórzy w końcu na mnie liczą.

Dobrze. Koniec tego ironicznego żalenia się. Prawda jest taka, że pomimo tego codziennego wysiłku poniesionego ku chwale remontu, czuję się szczęśliwy. Mój umysł stał się czysty. Moja dusza zaznała spokoju pomimo tego całego rozgardiaszu jaki czeka na mnie po powrocie z pracy do domu. Pewnie wielu z Was nie mogłoby normalnie egzystować w tych warunkach. Warunkach, które na dobrą sprawę w żaden sposób nie ustępują budowie jaka rodzi się w trakcie powoływania do życia domku jednorodzinnego. Oczywiście z zachowaniem odpowiednich proporcji, w końcu mieszkanie to bloki, a nie 150 m własnej przestrzeni.

Już w pierwszym dniu, kiedy stawiałem moje pierwsze kroki na tym katowickim księżycu, spotkałem się z miłym przyjęcie przez moich nowych sąsiadów. Ich życzliwość oraz sposób w jaki ze mną rozmawiali, pomimo pewnego normalnego dystansu, powodowało że w mojej głowie kłębiła się tylko jedna myśl. To miejsce to mój nowy dom. W przenośni i w rzeczywistości.