Życie oddane starociom

Pana Józefa poznałem zupełnie przypadkowo, podczas jednej z moich eksploracji Beskidu Śląskiego. Było chłodne październikowe sobotnie przedpołudnie. Razem z moją dziewczyną, zmierzaliśmy powolnym jeszcze zaspanym krokiem w stronę centrum Ustronia, by następnie promenadą wzdłuż Wisły dojść do podnóża Czantorii. Mroźny wiatr smagał nasze twarze, wywołując na nich monotonny grymas rozczarowania ogarniającym nas zimnem. Nie rozmawiając ze sobą już od dłuższej chwili, powoli dotarliśmy do centrum jakże ukochanego przez nas miasta.

Ustroń jest bliski naszym sercom, tak jak bliskie są nam Katowice czy Wodzisław Śląski. To w tych miastach zrodził się nasz dualizm w różnych aspektach życia.  Jednocześnie to właśnie te miasta pozwoliły nam na swobodne uzupełnianie się. Są dla nas tym bardziej ważne, że są to miasta śląskie, a więc wszystko pozostaje w rodzinie.

Centrum Ustronia, a w zasadzie jego pięćdziesiąt metrów kwadratowych koło jednej z drewnianych chat, w tą zimną nieprzyjemną sobotę, zamieniło się w muzeum, gdzie eksponatami stały się starocie porozkładane naprędce na stolikach, krzesłach, a nawet na samej ziemi. Muzeum staroci, gdzie każdy eksponat ma swoją historię, a jego sprzedawca potrafi w zaskakujący sposób zaczarować nią zwykłego przechodnia.

W tych okolicznościach, zatrzymując się by móc dać się oczarować, poznałem pana Józefa. Starszy mężczyzna ubrany w myśliwskie moro, stał przy jednym ze stolików z wojennymi artefaktami. Jako pierwszy zagadnął rozmowę.

– Czego szukacie szanowni Państwo. Mam wszystko co związane jest z II wojną światową, oczywiście nie tu. Tutaj mam tylko skromną próbkę mojego królestwa, które ukryte jest głęboko w górach, w moim drewnianym domu. –  Brzmiały jego słowa.

Pan Józef już od pierwszych chwil dał się poznać jako człowiek otwarty, który jak się później okazało, za pomocą swoich eksponatów, najzwyczajniej w świecie szuka towarzystwa drugiej osoby.

Opowiadał jak bardzo jest to hermetyczne towarzystwo, to poszukiwaczy skarbów. Jak na rynku jest dużo podróbek i jak łatwo można zostać skreślonym wśród kolegów zbieraczy. Łatwiej jest zostać zapomnianym, niż dostać się do tego elitarnego towarzystwa.

Opowiedział nam dwie przejmujące historie. Jedna dotyczyła jego pasji. Druga, bardziej osobista, dotyczyła samotnego życia.

Jego znajomy był bardzo szanowaną zasłużoną osobistością w gronie zbieraczy. Posiadał niebywałą kolekcję pamiątek z II wojny światowej, jeszcze większą posiadał o nich wiedzę. Był zapraszany na wszelkie możliwe uroczystości, wystawy okolicznościowe, jednym słowem guru wśród kolekcjonerów. Był kimś jeszcze niż tylko zbieraczem. Był egoistą, który po trupach dążył do obranego sobie celu. Dosłownie. Któregoś dnia dostał cynk,  że niedaleko jednej z dolnośląskich wsi znajduje się świeżo odkryty grób trzech niemieckich żołnierzy. Mając znajomości oraz ogromny szacunek kolegów po fachu, w tym lekarzy sądowych, wykorzystując wymienione walory, dopuścił się profanacji grobu. Nie potrafił sobie odmówić tych pięknych zdobyczy, które czekały na niego pod dość cienką warstwą ziemi. Hełmy, medale, być może broń, to wszystko miało być jego. Było jego. Na chwilę.

Pan egoista, dążący do celu po trupach, rozszarpujący własnymi rękoma ich białe konstrukcje, wydzierając z ich objęć tak bardzo pożądane rzeczy, został oskarżony o bezczeszczenie zwłok oraz kradzież. Został wydalony ze wszystkich towarzystw do których należał. Został sam. Został zapomniany.

Pan Józef również został zapomniany, ale nie przez współtowarzyszy zbieraczy, został zapomniany przez swoich bliskich, których sam odrzucił, wykluczył ze swojego życia, na pierwszym planie stawiając wieczne podróże za historią zamkniętą w przedmiotach.

Urodził się w Bytomiu. Tam też pracował na jednej z kopalń. Miał żonę oraz dwójkę dzieci. Wiódł normalne, typowe modelowe śląskie życie. Od zawsze pasjonował się historią, przede wszystkim jednak historią Górnego Śląska. Zaczynał skromnie, od czytania książek jak i przeróżnych opracowań. Następnie zaangażował się w działalność związana z materialnym odkrywaniem historii tego regionu. Poznawał ludzi, wstępował do kolejnych stowarzyszeń, jego poziom doświadczenia stale rósł, co było przepustką do hermetycznego świata. Pan Józef odpłynął na zawsze. Jak sam mówi, w tym momencie prawdopodobnie pojawiły się pierwsze oznaki choroby psychicznej, choroby która na zawsze odmieniła jego życie.

W latach 90. postanawia opuścić żonę oraz dwójkę dzieci. Przenosi się do starego drewnianego domku w środku Beskidu Śląskiego. Zabiera ze sobą cząstkę siebie, te wszystkie tak trudno zdobyte przedmioty, zostawiając przy tym na zawsze swoją rodzinę, która to, za jakiś czas, również pozostawi w spokoju jakąkolwiek myśl o nim.

Dziś pan Józef jest osobą, o której zdiagnozowano schizofrenię. Jego stan ciągle się pogarsza. Jest sam, jest tylko on i jego skarby zamknięte w lasach Beskidu Śląskiego.

Czy to, co próbował nam sprzedać w pewną zimną sobotę, znając jego historię, miało jakąkolwiek wartość? Czy może było to, tylko jego urojenie wywołane chorobą, o której sam opowiadał? Tego nie sposób się dowiedzieć. Może to wszystko co mówił, było jednym wielkim kłamstwem mającym na celu oczarowanie potencjalnego klienta. Jedyną prawdą jest fakt, że pan Józef naprawdę „był”, był materialny ubrany w myśliwskie moro.